13 lipca 2012

when it comes to dress


Jedno słowo: sukienka, a ja mam w głowie tysiąc myśli, o tym jak źle będzie leżeć i o tym jak trudno dobrać ją do mojej figury. Jestem w tej chwili posiadaczką dwóch sukienek wyjściowych i dwóch letnich. Zakładam je jednak bardzo rzadko gdyż wolę wcisnąć się w ukochane jeansy niż chodzić z nogami nieokrytymi żadnym materiałem. W sukience zobaczyć mnie można na pewno na arcyważnych uroczystościach rodzinnych, ale nigdzie indziej mnie w niej będzie. Skąd wziął się ten lęk przed obcisłą\zwiewną\luźną\dopasowaną\nieważne jaką sukienką? Może tym, że nawet jako mała dziewczynka wolałam spodnie i nie zanosi się bym zmieniła swoje zdanie w tym temacie... Przynajmniej do pewnego czasu, gdy znajdę taką, której nie będę chciała zdjąć. 


A gdy już pokocham sukienki zawisną w jakimś widocznym miejscu w moim pokoju. No może (na pewno) po prostu schowam je do szafy, ale takie plany co do ich eksponowania mogę sobie na razie mieć... 

1 komentarz:

  1. ja tez nie przepadalam za sukienkami, az tu nagle jestem ich fanka :)
    aleksandra-fortuna.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń